13 grudnia, 2016

Haul #1 Indigo ♥

Hej :)

Jako typowa pazurkomaniaczka nie mogłam odpuścić sobie zakupów z okazji promocji 2+1 na produkty Indigo. Promocja obowiązuje od 5 grudnia, prawdopodobnie do końca miesiąca.
Zaczęłam od zrobienia małego zapasu bazy i topu. Od kiedy Indigo wypuściło Protein Base to ja jestem jej wierną fanką. Nie dziwie się, że jest to produkt roku. Możemy nią przedłużyć paznokieć do 3mm, możemy także zbudować nią paznokieć i nakładać bez problemu żele w pędzelku - Gel Brush. Zapewniam, nic nam nie popęka. Co najważniejsze - bez problemu odmacza się w acetonie :) Pod hybrydy wystarczy cieniutka warstwa, po której paznokcie są bardzo twarde. Na innych bazach moje klientki potrafiły mieć odpryski, z tą bazą nie ma takiego problemu. Jeśli chodzi o top, to mój ulubiony to: Removable Top Coat. Pięknie i długo się błyszczy. 



Mój primer bezkwasowy się już kończy, więc kupiłam kolejny w zapasie. Obowiązkowy do metody żelowej, ale zalecany do Protein Base.



Skusiłam się na kilka kolorów: One Night in Paris, Red a Porter, Magnifique. Są to kolory z jesiennej kolekcji Natalii Siwiec. Nie dziwię się, że jest o nich tak głośno. Są piękne...



Trochę delikatniejszych kolorów to: French Pink, Fat Cat, Elegance. Uzupełniłam zapasy kupując Mr. Black. Mam też: Paradise Beach i Tropicana.



Zainwestowałam w pędzel Indigo Master Nail Art. 004. Co najważniejsze: włosie się nie rozchodzi i jest bardzo cieniutki. Już się nie mogę doczekać, aż go przetestuję. Dodatkowo bosko się prezentuje :) Na zdjęciu też klasyka: klasyczna syrenka.



Manicure wykańczamy oliwką. Lubię ich oliwki w pipecie, chociaż kiedyś zawsze kupowałam te w pędzelku. Mój ulubiony zapach to Seventh Heaven, który jest inspirowany zapachem Christian Dior Cherie. Skusiłam się też na masło shea o tym zapachu. Mam nadzieję, że tak jak obiecuje producent będzie się szybko wchłaniało.



Dwa balsamy do ciała o zapachu Egoista (inspirowany Chanel Coco Mademoiselle) i Femme Fatale, którego odpowiednika nie znam. Lubię ich balsamy, dość szybko się wchłaniają. Nie nawilżają jakoś bardzo, ale efekt jest zadowalający przy regularnym stosowaniu. Oba produkty mają ciężki, mocny zapach. Także o pojemności 300ml wzięłam krem do rąk Love Story i Bella Vita o pojemności 100ml (Giorgio Armani Si). Te są już przyjemniejsze w zapachu. Eleganckie, ale nie tak wyraziste. Polecam też te o pojemności 30ml do torebki. Mają bardzo ładne opakowania. Niestety gdy składałam zamówienie były w brakach. Produkty o pojemności 100ml kosztują 19zł, a te 300ml to 29zł przy zakupie na ich stronie.




W prezencie do zamówienia dostałam pudełeczko, w którym znajduje się 15 próbek. Bardzo mi się to podoba. Mogę poznać jeszcze nieznane mi zapachy produktów SPA. Indigo zawsze do zamówienia dorzuca jakieś gratisy: krówki, zapachy do auta, próbki, czy do dużych zamówień - misie :)



Widziałam, że wiele innych firm prowadzi w grudniu taką, bądź podobną promocję. Na pewno SPN, NaiLaq, Makear. Skorzystałyście z promocji?

Buziaki

01 grudnia, 2016

List do Św. Mikołaja!

Z dniem pierwszego grudnia startuje wszystko co świąteczne. Na kilku blogach podejrzałam listy do Świętego Mikołaja (bardzo lubię je czytać) i przyznaję, że sama postanowiłam pokazać Wam mój list.



Lampa LED Abody SunOne 48W
Od kiedy kilka lat temu pojawił się manicure hybrydowy, od wtedy jestem nim totalnie zafascynowana. Od kilku lat służy mi lampa UV. Pojawiają się już lakiery bardzo napigmentowane, z którymi zwykła lampa UV sobie nie radzi, dlatego marzy mi się fajna lampa LED. Kolejny plus, który mnie do lampy LED przekonuje jest czas w jakim utwardzimy paznokcie - 5 sekund - cudownie! Od kiedy pracuję na Indigo marzy mi się ich lampa, ale Mikołaj nie musi przepłacać i poproszę bardzo polecaną lampę w blogsferze Abody SunOne 48W.

Źródło: aliexpress.com


Zoeva paleta cieni En Taupe
Polubiłam się z paletą Naturally Yours, dlatego mam ochotę na kolejną paletę marki Zoeva. Stawiam na En Taupe, która wydaje się być równie naturalna jak Naturally Yours. Jeśli chodzi o cenie to Zoeva przebiłą u mnie TheBalm i bez wahania sięgam po ich paletę. Zawsze jest na wierzchu. Cienie są dobrze napigmentowane, świetnie się blendują i bardzo szybko możemy wyczarować nią dzienny ale też wieczorowy makijaż. Kuszą mnie jeszcze inne palety, ale zazwyczaj stawiam na te stonowane. Czyż nie jest piękna?
Źródło: mintishop.pl

Pędzle do makijażu: Zoeva, GlamBrush, Hakuro
Mam chrapkę na kilka pędzli. Rok temu dostałam zestaw pędzli Zoeva do makijażu oka. Bardzo polubiłam ich pędzle, ale równie dobrze maluje mi się pędzlami Hakuro. Chociaż od jakiegoś czasu kuszą mnie pędzle Hani GlamBrush i Nanshy, gdyby tylko Mikołaj się zastanawiał, to poproszę kilka pędzli do makijażu twarzy :)

Źródło: glam-shop.pl

Sweter Mosquito
W tamtym roku bez problemu chodziłam nawet zimą w jesiennym płaszczu, w tym roku od miesiąca noszę zimową kurtkę, a pod nią grube swetry. Marzy mi się ciepły, gruby i długi sweter, który nałożę na T-shirt lub sukienkę. Spodobał mi się ten z Mosquito i nie wiem czy Mikołaj będzie miał szansę mi go sprawić, bo chyba sama kupię go sobie na Mikołajki :)

Źródło: mosquito-sklep.pl



Nie myślcie sobie, że to koniec mojej listy. Jest ona dużo dłuższa. Nie pogardzę dobrymi perfumami, czy kosmetykami z ABH, które kuszą mnie od dawna, ale nie będę już bardziej naciągać zapracowanego Świętego Mikołaja :D 

A jak Wasze listy do Mikołaja?


05 listopada, 2016

Pilaten Black Mask, hit czy kit?

Hejka :)

Dziś o masce Pilaten. Miałam obawy przed jej zakupem, nie ufam takim kosmetykom, ale zachwyt w internecie nad nią tak mnie zachęcił, że ostatecznie zaryzykowałam. Maseczka przychodzi do nas w kartonowym opakowaniu. Ja się go od razu pozbyłam, bo było bardzo zniszczone. Nie wiem co jest w tym prostym opakowaniu, że tak mi się spodobało. Może dlatego, że jest klasyczne, a przede wszystkim czarne. Dla mnie jak czarne to ładne :D 



Zastanawiałam się nad nałożeniem. Bałam się podrażnień, uczulenia. Ale skoro już zamówiłam to czas najwyższy nałożyć. Zrobiłam peeling i zabrałam się za aplikację na buzię. Otworzyłam i buch. Chemiczny, ostry zapach, do którego można się przyzwyczaić. Na pewno jest dużo lepszy od domowej roboty maski z żelatyny i mleka - nakładałam i cierpiałam, ale trzeba przyznać, że efekt był. Maska niby jest gęsta, ale trzeba uważać, bo spływa. Czarna jak węgiel. Jak na pierwszy raz nałożyłam na całą twarz (ominęłam brwi), żeby zobaczyć jak się sprawuje na każdej partii twarzy. Trzeba wyczuć jaką warstwę nałożyć.





Zrywa się idealnie, jednym płatem. Raz mi się rwała kawałkami, ale tylko dlatego, że nałożyłam półprzeźroczystą warstwę. Na początku się przestraszyłam, bo skóra była zaczerwieniona. Szybko to minęło, a skóra była oczyszczona. Ani jednej czarnej kropeczki na nosie. 

Nakładam maskę raz w tygodniu. Najczęściej na strefę T, która później dużo mniej się przetłuszcza i mam mniej wyprysków.  Czasami nakładam tylko na nos. W zależności od tego, czego wymaga moja skóra. Nie nakładam na całą twarz, ponieważ wyrywa wszystkie włoski, dlatego trzeba uważać na brwi! :D



Często maski peel-off wysuszały mi skórę, tutaj tego nie zauważyłam. Jak u Was - hit czy kit? U mnie zdecydowany hit!

Buziaki


03 października, 2016

Mat na ustach z Golden Rose.

Cześć!

Aktualnie królują matowe usta. Bardzo się z tego cieszę bo mi samej ten efekt pasuje najbardziej. Od bardzo dawna sięgam po matowe produkty do ust od Golden Rose. Zapraszam do czytania, jeśli chcecie wiedzieć, które produkty są moimi ulubionymi. 


Matowa szminka w sztyfcie Velvet Matt Lipstick 03, 08

Pamiętam ten szał na szminki Velvet Matt. Było o nich bardzo głośno. Podbiły serca mnóstwa kobiet. Moje na początku też. Mimo, że jest matowa, to nakłada się kremowo i nie ściąga ust. Utrzymuje się dość długo. Nie zauważyłam, by bardzo wysuszała usta, w dodatku ściera się nie robiąc plam. Ja mam odcień 03, który jest klasycznym nude, rzadko teraz po niego sięgam, ponieważ polubiłam te odcienie nude, które wpadają w róż. Kolejny odcień to przepiękny intensywny, soczysty róż o numerze 08. Uwielbiam sięgać po niego latem. Szminka ma klasyczne, stonowane opakowanie, które jest też dość solidne. Wadą jest, że napisy potrafią się ścierać. 




Matowa szminka w płynie - Longstay Liquid Matte Lipstick 03

Jest to najnowszy produkt do ust dostępny na wyspach Golden Rose. Hitowym odcieniem jest trupi 10, ja skusiłam się na 03. Uwielbiam odcienie chłodnego, brudnego różu i taki jest właśnie ten odcień. Ku mojemu zaskoczeniu na ustach widzimy malutkie drobinki. Zdziwiłam się jak ten shimmer pięknie na ustach wygląda. Posiadam już kilka szminek w płynie, m.in. z NYX czy Bourjois. Ta pomadka bardzo się od nich różni. Jest bardzo wodnista, przez co długo ją nakładam., bo potrafi mi się rozlać. Ale jak ją już nałożę to robi wrażenie. Widzimy na ustach piękny kredowy mat, ale na ustach wyczuwamy lepką warstwę. Dzięki czemu usta po kilku godzinach nie są aż tak wysuszone. Do zmycia jej potrzebujemy dobrego płynu micelarnego - to chyba plus? :) Dużo negatywnych opinii było na temat ich opakowania. Moje (odpukać) jak na razie ma się dobrze, ale jest to taki tani plastik, na który trzeba uważać. 




Matowa szminka w kredce - Matte Crayon Lipstick 8, 12, 19.

Zdecydowanie mój ulubiony produkt do ust ostatnich miesięcy. Matte Crayon nie dają kredowego matu. Czujemy na ustach lepką warstwę jak w przypadku wyżej wymienionych pomadek. Sunie się nią po ustach lekko i płynnie, jest dość miękka. Zjada się równomiernie. Nie mogę też przyczepić się do opakowania - nic się nie ściera. Minusem może być mus temperowania kredek, natomiast mi to w ogóle nie przeszkadza. Po większy opis odsyłam Was do mojego postu (klik), w którym widać też mój ulubiony odcień 10, który zgubiłam. Muszę się wybrać po nowy, ponieważ bardzo mi jej brakuje.



Wszystkie szminki są dla mnie idealne. W dodatku ich cena nie jest wygórowana. Najdroższą z wymienionych wyżej szminek jest ta w płynie. Kupicie ją za 19,90 zł, koszt pozostałych to 11,90.



Lubicie efekt matu na ustach? Jakie są Wasze ulubione szminki?

26 września, 2016

ULUBIEŃCY - WRZESIEŃ 2016



Hej. Dopiero co zaczęło się lato, a już się skończyło, w dodatku kończy się nawet wrzesień. Czy Wam też tak szybko mija czas? Mi dosłownie czas ucieka, nie wiem kiedy... Do niedawna pogoda rozpieszczała, od kilku dni mamy już prawdziwą jesień. Jako, że mamy ostatnie dni września, to zapraszam na pierwszych ulubieńców na moim blogu.



Bielenda, Bikini - Nawilżający balsam po opalaniu S.O.S.
Zacznę od mojego odkrycia. Jest to nawilżający balsam po opalaniu. Latem stawiamy na sukienki, krótkie spódniczki, szorty. Mamy więcej odkrytego ciała. Latem golę nogi maszynką, ze względu na to, że muszę to robić dosłownie co drugi dzień. Wtedy depilator nie spełnia swojej roli. Od tak częstego używania maszynki mam pełno czerwonych kropek, a czasami nawet krostek. Potrafią się utrzymywać nawet do dnia następnego. W internecie mignął mi artykuł o tym, żeby po opalaniu stosować produkty z d-panthenolem. Jak wiadomo działa on regenerująco na naszą podrażnioną skórę, więc skórze po goleniu również daje ulgę. Przetestowałam ten sposób i jestem zachwycona. Nie sięgam już po balsamy, treściwe masła. One w ogóle nie dają ukojenia mojej skórze po depilacji. Ten balsam zawiera również w składzie aloes, który jest fajnym dodatkiem do d-panthenolu. Chłodzi, łagodzi i dzięki olejkowi z makadamii nawilża skórę. W dodatku bardzo szybko się wchłania i nie zostawia lepkiego filmu na skórze.

Kallos, Multivitamin - Maska do włosów wyblakłych i osłabionych
Maska jak maska. Każda maska tej marki mi służy (prawie). Włosy są miękkie, nie puszą się. Maska też ich nie obciąża. Jeśli chodzi o obietnice, to ja nie zauważyłam, żeby zaczęły mi szybciej rosnąć po niej włosy. Na pewno są odżywione i dużo lepiej się rozczesują. Użyłam już kilka opakowań tych masek, za każdym razem inną. Najmniej służyła mi maska bananowa, po której włosy mi się przetłuszczały. Mimo dużego opakowania, ja zużywam je w ekspresowym tempie. Używam jej na włosy, ale też do depilacji. Nie używam pianek do golenia. Maska daje fajny poślizg, dzięki temu nie podrażniam skóry aż tak bardzo.



Ziaja, Liście Manuka - Żel myjący normalizujący na dzień/na noc
Jakiś czas temu powróciłam do produktów Ziaji. Każdy przetestowany produkt mnie zachwyca. Uważam, że jakość jest proporcjonalna do ceny. Po wielkim powrocie skusiłam się na serię Liście Manuka, o której dość głośno w blogsferze. Używam rano i wieczorem. Skóra jest dobrze oczyszczona i odświeżona. Dużą zaletą jest, że nie czuję ściągnięcia, co często mi się zdarza po użyciu żeli myjących do twarzy. Ma odświeżający zapach, mniej intensywny niż pasta z tej samej serii. Na plus opakowanie z pompką, takie lubię i wydajność, mam go prawie cały miesiąc, a zużycie bardzo małe. Na minus to, że potwornie szczypią po nim oczy.

Ziaja, Ulga dla skóry wrażliwej - Peeling egnzymatyczny
Od dawna nie używam peelingów mechanicznych. Jak sobie teraz przypomnę jaką krzywdę sobie nimi robiłam, to aż mam ciarki. Po prostu peelingi mechaniczne były dla mnie za mocne. Nie raz narobiłam więcej szkody niż pożytku. Skóra była podrażniona i zaczerwieniona. W końcu przekonałam się do peelingów enzymatycznych, na początku uważałam, że są one dla mnie za słabe. Z czasem zaczęłam je lubić i teraz sobie nie wyobrażam ich nie używać. Skóra jest miękka w dotyku, oczyszczona. Wygląda promiennie. Nie mam już podrażnień. Pierwszy peeling enzymatyczny na jaki się zdecydowałam to właśnie ten. Dużo pozytywnych opinii zachęciło mnie do przetestowania tego z Ziaji. Spełnia swoje zadanie. W dodatku kupując go nigdy nie zapłaciłam więcej niż 10zł.



Kobo, Eye Shadow Set Matt
Dwa, albo trzy miesiące testowałam tę paletkę i już pozostała ze mną w tym miesiącu, bo jest produktem godnym uwagi. Zawiera taką gamę odcieni, że sprawdza mi się w każdym makijażu. Ja ją bardzo polecam, a po więcej informacji odsyłam do mojego poprzedniego wpisu (klik).




Bourjois, Rouge Edition Velvet 11 So Hap'pink
Ostatnio mało się malowałam, ale jeśli już to robiłam, to sięgałam po REV. Najczęściej stawiam na make up - no make up. Jak stawiam na mocniejszy makijaż to oko jest zawsze delikatne, a usta są bardziej wyraziste. Ten odcień jest troszkę żywszy od mojego ulubionego Nude-ist. Opinie o nich są bardzo podzielone. Mi te pomadki długo się utrzymują, ale jak już zaczyna się zjadać to muszę to kontrolować, bo zjada się od środka zostawiając brzydki kontur. Uważam, że nie są warte swojej ceny, dlatego kupuje je na promocji :)



Po te produkty sięgałam najczęściej. A jakie są wasze ulubione produkty używane we wrześniu?

Cieszę się na jesień. Lubię ciepłe swetry, koc i gorącą herbatę. Do tego wieczory z książka. A najbardziej się cieszę, że mogę udekorować wnętrze przepięknymi wrzosami :)



09 września, 2016

KOBO, Eye Shadow Set Matt


Jak tylko zobaczyłam zdjęcia na IG Daniela Sobieśniewskiego nowych produktów, które tworzy dla Kobo to nie mogłam przestać się jarać.
Jaram się wszystkimi produktami, które stworzył.
Uwielbiam większość produktów KOBO.
Podsumowując?
D.SOBIEŚNIEWSKI + KOBO = DUET IDEALNY!


Paletę kupiłam i bardzo długo testowałam. Cały czas miałam (i mam nadal) do niej mieszane uczucia. Rzadko sięgam po cienie z błyskiem, zdecydowanie królują u mnie maty. A te maty są bardzo matowe. Jeśli macie palety MakeUp Revolution to między ich cieniami matowymi, a cieniami Kobo jest duża różnica.



Ocień beżu - idealnie nadaje się na całą powiekę, dla wyrównania kolorytu. Możemy też rozjaśnić nim łuk brwiowy. Bardzo często po niego sięgam, można go porównać do mojego ulubionego odcienia Pure z palety Zoeva, Naturally Yours  :) To jego tańszy odpowiednik.

Cappucino - tak ten cień mi się kojarzy - z pyszną kawą z mlekiem. Nakładam go na całą powiekę, gdy tylko chcę trochę zaznaczyć oko. Jego formuły się obawiałam, sama nie wiem dlaczego. Wyróżnia się z całej palety, nie jest pudrowy jak reszta, a kremowy.


Czekoladowy brąz - nie przepadam za takimi brązami na oku, mało po niego sięgam. Jest dla mnie za ciepły.

Po grafit sięgam dość często. Zaznaczam nim dolną powiekę, robię nim rozmytą kreskę, idealny do  smokey eye. Mimo, że to ciemny odcień, nie osypuje się. A jak jest napigmenotwany!


Na koniec wisienka na torcie. Głęboka, dobrze napigmentowana czerń. Ciężko trafić na tak dobry cień w drogerii. Często robię sobie nim rozmytą kreskę, raz zaszalałam i zrobiłam mocne smokey eye. Tylko dlaczego się tak osypuje? Polecam najpierw zrobić makijaż oka, dopiero później makijaż twarzy. Zobaczcie jaki jest napigmentowany:


Cienie bez bazy wyglądają bardzo dobrze. Cały czas nie mogę nadziwić się ich pigmentacją. Na oku na prawdę wyglądają bardzo dobrze. Utrzymują się cały dzień. Praca tymi cieniami jest fenomenalna. Poza osypywaniem, blenduje się nimi dobrze, a i przy blendowaniu nie schodzą, co często się zdarza.


Do palety dołączony jest pędzel i aplikator. Nie sięgam po niego, ale muszę wspomnieć, że taki pędzelek już gdzieś widziałam. Długo się zastanawiałam gdzie i w końcu wiem. Żelowy eyeliner Lasting Drama od Maybelline miał załączony taki pędzelek :) 





Opakowanie nie wydaje się, ale jest solidne. Raz mi upadło i całe szczęście, ale się nie rozpadło więc duży plus! :) Szkoda tylko, że okropnie się brudzi, co ciężko domyć. Możecie na zdjęciach uchwycić moje palce odbite na opakowaniu. Mamy też lusterko, małe ale jest :)



Ja po tę paletkę sięgać będę na pewno, ale... no właśnie jest jakieś ale...

Macie tę paletkę? Jak ją oceniacie?

Buziaki

11 lipca, 2016

Golden Rose, Matte Lipstick Crayon w odcieniu 08, 10, 12, 19

Bardzo mi miło, że mój pierwszy post został tak serdecznie odebrany. Ogromnie mnie uszczęśliwiła liczba odsłon na blogu, liczba komentarzy. Jedyne co mogę powiedzieć to: dziękuję!!! Wracam z kolejnym postem.

Przyszłam i będę Was kusić.



Zawsze wolałam klasyczne szminki w sztyfcie. Niestety nie zawsze miałam czas na idealnie wyrysowany kontur ust. Jednak na co dzień wolałam nieco delikatniejszy efekt, więc zaczęłam eksperymentować z konturówkami. Rozcierałam je palcem, dawały delikatny kolor, matowe wykończenie, a i dobrze też trzymały się na ustach. Konturówki to swego czasu był mój numer jeden. Jakiś czas temu Golden Rose wypuściło szminki w kredce. Ich konturówki pokochałam, więc te od razu musiałam wypróbować. 




Do wyboru mamy bardzo dużo odcieni, w moje ręce wpadły cztery. Pierwszym odcień jaki kupiłam był 10. Mój ulubieniec. Lubię kolory nude, ale zdecydowanie te wpadające w róż. Ten właśnie taki jest: stonowany i delikatny. Sięgam po tą kredkę najczęściej, ponieważ usta są tylko delikatnie podkreślone. Zdecydowanie mój ulubieniec na co dzień do makijażu 'No make up'. Jakiś czas temu Maxineczka nagrała filmik, w którym tę kredkę zaproponowała jako zamiennik Anastasia Beverly Hills Liquid Lipstick w odcieniu Dusty Rose.




Z kolejnym kolorem zaszalałam. Jest to kolor 19 - to dość ciemna śliwka. Dla odważnych. Bardzo rzadko decyduję się na takie kolory. Mimo, że ostatnio są bardzo modne na ustach to ja nie czuję się z nimi za dobrze... Ale jako, że kolor bardzo mi się podoba, to skusiłam się na numer 8, który wydaje mi się jaśniejszym odcieniem 19. W sam raz dla mnie. Do niego nie potrzeba już tak wielkiej odwagi jak do noszenia tego z numerem 19.


Jako częsty bywalec na wyspie Golden Rose skusiłam się też na kolor 08, który konkuruje razem z 10 na moich ustach, Dość neutralny odcień. W sam raz na dzień, ale także na większe wyjście gdy makijaż oka jest mocniejszy. Nie jest to nudziak, ale raczej delikatny, neutralny róż.


Od lewej: 08, 10, 12, 19.

Pomadki dość długo się utrzymują na ustach. Zjadają się równomiernie. Zauważyłam, że warto po nałożeniu zdjąć nadmiar w chusteczkę. Dzięki temu trzymają się kilka godzin dłużej, a i wtedy z satyny powstaje piękny mat na ustach. Jedyną wadą jest to, że trzeba je temperować. Gdyby tylko były wykręcane...

Macie swoje ulubione Matte Lipstick Crayon?




31 maja, 2016

TheBalm - The Manizer Sisters


Słynne siostry Manizer od TheBalm! Sama nie wiem czy byłam zainteresowana dwiema pozostałymi tak jak Mary-Lou, czy chęć przetestowania była silniejsza ode mnie... Decyzja była ciężka, a wszystkie siostry kuszące. Ucieszyłam się jak zobaczyłam, że można mieć siostry Manizer razem. Same przyznajcie, że opcja 3w1 może być genialnym rozwiązaniem. Ale czy jest? 
Czytajcie dalej :)




Zacznę od Betty-Lou. Taka byłam zakochana w Mary, a jak otworzyłam paletkę to bardzo zaciekawiła mnie Betty. Od razu przeszłam do testowania. Dziwny produkt bo bardzo ciemny, bardzo złoty. Jak go używać? Jako bronzer za dużo złotych mikrodrobinek, jako rozświetlacz za ciemny. Zaczęłam testować i się poddałam - nie jest to produkt dla mnie.

Mieliśmy dość piękny kwiecień, upalny maj. Jak wiadomo pojawia się pierwsza opalenizna. Wtedy też nastał wielki powrót do Betty. Miłość to nie jest, ale lubimy się. Co raz częściej zdarza mi się go używać. Produkt jest tak napigmentowany, że nakładam go odrobinkę, by podkreślić opaleniznę. Lekko rozświetlona cera, delikatnie muśnięta słońcem. Gdy mam więcej czasu na makijaż to lubię się nim pobawić. Na co dzień na makijaż mam mało czasu, więc stawiam na inne produkty, z którymi długo nie muszę pracować.




Cindy- Lou Manizer to produkt, który zaciekawił mnie zaraz po Betty. Piękny róż, z malutkimi złotymi drobinkami. Jako rozświetlacz sam w sobie to w ogóle się dla mnie nadaje. Cindy nałożona na szczyty kości policzkowych wygląda jakbym nieźle zaszalała z różem.
Mimo wszystko lubię Cindy, bo Cindy dla mnie jest ślicznym różem. Jak nie mam czasu lub ochoty nakładać rozświetlacza to Cindy jest fajnym rozwiązaniem. Nie dość, że służy mi jako róż, to dość ładnie, nienachalnie rozświetla cerę. Twarz wygląda wtedy na świeżą i promienną.

Duże TAK!



Na końcu jak przystało - wisienka na torcie. Mary-Lou Manizer. Trio dotarło do mnie tylko ze względu na tę siostrę. Przepiękny rozświetlacz! Szampański. Na skórze piękna rozświetlająca tafla. Na szczytach kości policzkowych, na łuku kupidyna, na nosie, w wewnętrznych kącikach oczu, jako cień na środku powieki. Wszędzie wygląda idealnie. Pięknie rozświetla, orzeźwia cerę. Twarz wygląda na wypoczętą, jest rozświetlona ale nie chamsko błyszcząca. Produkt idealny :)




 Poniżej swatche. Musicie przyznać, że mimo wszystko nie da się tych produktów nie kochać. Są mocno napigmentowane i bardzo trwałe. Wytrzymują spokojnie cały dzień w nienaruszonym stanie. Cindy się uparła i na zdjęciach poniżej wychodzi na łososiową, w rzeczywistości jest nieco żywszym różem. Porównuję i uważam, że zdjęcia powyżej idealnie oddają jej realny kolor.




Jeśli chodzi o konsystencję to Mary jest miękka i aksamitna pod palcami. Pozostałe siostry są bardziej zbite. Jak je dotykamy to może się wydawać, że ciężej nabierają się na pędzel. Jest to tylko złudzenie pod palcami.




Podsumowując każdą siostrę lubię. Nie pałam już entuzjazmem z posiadania ich trzech razem, w jednej palecie. Mary skradła serca dużej rzeszy kobiet, wcale się nie dziwię. Tak jak bez niej ciężko żyć, tak spokojnie poradziłabym sobie bez Cindy i Betty.
Tę paletę otrzymałam w prezencie, ale pewnie za jakiś czas dotrze do mnie sama Mary. W domu nie stwarza mi problemu używanie tej palety, ale myślę o wyjazdach. Zabieram całą paletę ze względu na Mary-Lou.
Mimo to, przetestowałam na skórze wszystkie trzy i spokojnie mogę spać po nocach.

Buziaki, M.